Gminna Biblioteka Publiczna w Goździe

ul. Radomska 34 B/1
26-634 Gózd
tel. 48 362 18 00
www.gozd.naszabiblioteka.com
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Dyrektor: Elżbieta Siczek

Pracownik: Patrycja Malik

Godziny otwarcia:

Poniedziałek 8.30-17.00
Wtorek 7.30-15.30
Środa 7.30-15.30
Czwartek 9.00-17.00
Piątek 7.30-15.00

Sobota 9.00-13.00

 

Rok powstania: 1947 r.

Zbiory: 10 405 woluminów (stan na 31.12.2019 r.).

Katalog biblioteczny: on-line MAK+

 

Internet dla czytelników: 3 stanowiska komputerowe z bezpłatnym dostępem. Komputery pozyskano m.in. z: Programu Rozwoju Bibliotek, „IKONKA” Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, Mazowieckiego Systemu Informacji Bibliotecznej.

 

Czytelniku zapoznaj się z regulaminami Gminnej Biblioteki Publicznej w Goździe
(wystarczy kliknąć w poniższe linki):

 

 

Zobacz katalog GBP w Goździe

 

gózd 

Powrót do mapy


 

 

FILIE BIBLIOTECZNE

 


 

Filia w Klwatce

Klwatka  34
26-634 Gózd

Pracownik: Patrycja Malik

 

 

Godziny otwarcia:
Poniedziałek 9.00-17.00
Wtorek          7.00-15.30
Środa            7.30-15.30

Zbiory: 6 516 woluminy (stan na 31.12.2019 r.)

Internet dla czytelników: 1 stanowisko komputerowe z bezpłatnym dostępem.

 


 

Filia w Kłonowie

Kłonów 22
26-634 Gózd

Pracownik: Marzena Pszczoła

Godziny otwarcia:
Wtorek       7.30-15.30
Środa          7.30-15.00

Zbiory: 7 376 woluminów (stan na 31.12.2019 r.)

 

Internet dla czytelników: 1 stanowisko komputerowe z bezpłatnym dostępem.


 

Filia w Kuczkach

Kuczki Kolonia
26-634 Gózd

Pracownik: Marzena Pszczoła

Godziny otwarcia:
Czwartek 9.00-17.00
Piątek    7.30-15.00

Zbiory: 6 749 woluminów (stan na 31.12.2019 r.)

Internet dla czytelników: 3 stanowiska komputerowe z bezpłatnym dostępem.

 

Powrót do mapy

Gminna Biblioteka Publiczna w Przytyku

ul. Zachęta 34
26-650 Przytyk
tel./fax 48 618 00 27
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

strona: www.przytyk.naszabiblioteka.com

fanpage: Gminna Biblioteka Publiczna w Przytyku

 

 

 

 

IMG 1728 Small 

 

Dyrektor: Mirosław Krzyszewski

Pracownik: Wojciech Górka, Jadwiga Puszka

Godziny otwarcia:

Poniedziałek 10.00-18.00
Wtorek - piątek 8.00-16.00

Rok powstania: 1948 r.

Zbiory: 19 066 woluminy (stan na 31.12.2019 r.).

Katalog biblioteczny: on-line MAK+

Internet dla czytelników: 2 stanowiska komputerowe z bezpłatnym dostępem. Komputery pozyskano m.in. z programów: „IKONKA”, Mazowieckiego Systemu Informacji Bibliotecznej.

W skład Gminnej Biblioteki Publicznej w Przytyku wchodzą: Wypożyczalnia dla Dorosłych i Oddział dla Dzieci.

Czytelniku zapoznaj się z regulaminami Gminnej Biblioteki Publicznej w Przytyku
(wystarczy kliknąć w poniższe linki):

 Zobacz katalog GBP w Przytyku


 przytyk

 

Powrót do mapy

W powiecie radomskim funkcjonuje 13 bibliotek publicznych: 1 miejska biblioteka (Miejska Biblioteka Publiczna w Pionkach), 2 miejsko-gminne (MGPB w Iłży i Skaryszewie), 10 gminnych (GBP w: Goździe, Jastrzębi, Jedlińsku, Jedlni gmina Pionki, Jedlni-Letnisko, Kowali, Przytyku, Wierzbicy, Wolanowie, Zakrzewie). Ponadto działa 25 filii bibliotecznych.

Biblioteki  wypełniają podstawowe zadania związane z:
- obsługą czytelniczą
(tj. gromadzenie, opracowanie, udostępnianie zbiorów bibliotecznych)
- działalnością informacyjną,
- działalnością edukacyjno-kulturalną (m.in.: biorą udział w akcji Cała Polska czyta dzieciom, Tydzień Bibliotek, organizują spotkania autorskie, lekcje biblioteczne, konkursy dla dzieci i młodzieży, wystawy, szkolenia informatyczne itp.)
- promocją własnych miejscowości, gmin i regionów.

Biblioteki uczestniczyły w różnych programach ogłaszanych przez ministerstwo, fundacje i stowarzyszenia, między innymi: „Kraszewski. Komputery dla Bibliotek”, „IKONKA”, Program Rozwoju Bibliotek, Mazowiecki System Informacji Bibliotecznej.

W 2012 roku wdrożono program komputerowy MAK+ w 12 bibliotekach regionu radomskiego. W Miejsko-Gminnej Bibliotece Publicznej w Skaryszewie stworzono katalog w programie MATEUSZ. Dzięki nowoczesnemu systemowi biblioteki mogą udostępniać swoje katalogi on-line, a użytkownicy będą mogli korzystać z elektronicznego systemu bibliotecznego. W bibliotekach samorządowych powiatu radomskiego działają bezpłatne czytelnie internetowe.

 

Zapraszamy do zapoznania się z bibliotekami samorządowymi powiatu radomskiego.

  Przytyk Zakrzew Jedlińsk Jastrzębia Pionki Jedlnia gmina Pionki Jedlnia gmina Pionki Jedlnia gmina Pionki Jedlnia-Letnisko Gózd Radom Wolanów Kowala Skaryszew Wierzbica Iłża   Mapa

Legenda:

1-gozd Gminna Biblioteka Publiczna w Goździe

3-ilza Miejsko-Gminna Biblioteka Publiczna w Iłży

2-jastrzebiaGminna Biblioteka Publiczna w Jastrzębi

411-jedlinsk Gminna Biblioteka Publiczna w Jedlińsku

Gminna Biblioteka Publiczna im. ks. Józefa Gackiego w Jedlni

6-jedlnia-letnisko Gminna Biblioteka Publiczna w Jedlni-Letnisko

7-kowalaGminna Biblioteka Publiczna w Kowali

pionkiMiejska Biblioteka Publiczna w Pionkach

9-przytyk Gminna Biblioteka Publiczna w Przytyku

14-radomMiejska Biblioteka Publiczna im. Józefa A. i Andrzeja S. Załuskich w Radomiu

10-skaryszew Miejsko-Gminna Biblioteka Publiczna w Skaryszewie

Gminna Biblioteka Publiczna w Wierzbicy

12-wolanowGminna Biblioteka Publiczna w Wolanowie

13-zakrzewGminna Biblioteka Publiczna w Zakrzewie

Miejska Biblioteka Publiczna w Radomiu, pełniąca funkcję biblioteki powiatowej we współpracy z trzynastoma samorządowymi bibliotekami powiatu radomskiego rozszerzyła i jeszcze bardziej unowocześniła swoją ofertę dla Czytelników.
Nowopowstałe Konsorcjum Bibliotek Publicznych Powiatu Radomskiego oferuje Państwu przez rok (do 31 sierpnia 2017) opłacony dostęp do 1373 publikacji w platformie IBUK LIBRA.

Stąd i zowąd, z bliska i z daleka, spopod urzędu i z naprzeciwka – słowem zewsząd – nadchodziły pojedynczo i w minigrupach  osoby zainteresowane 10., jubileuszowym dyktandem o tytuł Radomskiego Mistrza Ortografii. Niektórzy uczestnicy podążali chyżo i szparko, inni się niby ociągali, jakby szwendając się po najbliższej okolicy. Nie najmniejsza grupka rozglądała się bacznie wokół, jak gdyby zastanawiając się nad tym, czy nie opacznie wybrała czas i miejsce zdarzenia, nieopatrznie przychodząc nie w porę. Jednakże megaplakat nad nie domkniętymi, lecz z lekka uchylonymi drzwiami urzędu nie pozostawiał najmniejszej wątpliwości. To tu i teraz miał się odbyć superkonkurs, wieńczący 10-letnie zmagania ortograficzne radomianek i radomian.

Z wolna quasi-superznawcy skomplikowanych reguł i podreguł ortograficznych zstępowali do auli i sadowili się w pąsowych fotelach, gdzieniegdzie zostawiając puste miejsca, gdzie indziej zaś szczelnie wypełniając przestrzenie pomiędzy zsuniętymi rzędami. Tu i ówdzie dało się słyszeć półszepty zapewne nowicjuszy, zszokowanych poniekąd nie najmniejszą liczbą konkursowiczów. Dwie podenerwowane nastolatki przerzucały karty słownika ortograficznego, informując się nawzajem o pisowni ekstratrudnych słów i wyrażeń. „Na pewno będzie „gżegżółka” i „pustułka” szeptała nerwowo jedna. „E tam, to błahostka, – skrzywiła się druga – byleby nie było nazwisk takich jak Churchill albo obcych nazw geograficznych”. „No, bo na pisowni takiej, dajmy na to, rzeki Brahmaputry każdy by się przejechał, bo któż by pamiętał, że jest tam „h” nieme… To już wolę te wszystkie ekstrawyrazy, e-maile i co by tam jeszcze z tej dziedziny zdarzyć się mogło”- westchnęła zszarzała z emocji pierwsza nastolatka i zatrzasnęła słownik.

Zrazu wszyscy ścichli, bo na scenie pojawiło się jury konkursu. Autor dyktanda uśmiechał się poniekąd dwuznacznie. „Tekst będzie superłatwy”, zapewniał i dopiero poniewczasie zorientował się, że przez salę przeszedł pomruk niedowierzania. Arcymiła organizatorka imprezy uspokajała: „Już niezadługo  się o tym przekonamy. Zaczynamy”. Dyktujący z miną przechery rozpoczął:

„Stąd i zowąd, z bliska i z daleka…”

List do redakcji

Szanowna Redakcjo „Nowego Muratora”!

Piszę do Was w supergłębokiej desperacji. Mam niechybny zamiar budowy ekstradomu na nowo zakupionej parceli w przysiółku Kozaczki-Podgrzybki w gminie Zaryte w powiecie grzybowskim, a nie najlepszy ze mnie specjalista budowlaniec. Nie mam też na podorędziu żadnego nawet miniporadnika, który by o tym traktował, więcbym chciał od Państwa rzetelnej, w miarę skumulowanej, ale nie skondensowanej informacji. Przy tym nie chciałbym, żeby się o tym dowiedział ktokolwiek bądź, w szczególności zaś moja ekscentryczna eksmałżonka, boby się dopieroż zaczęły hocki-klocki, jako że by bez wątpienia zażądała ni mniej, ni więcej, tylko sześćdziesięciopięcioipółprocentowego zadośćuczynienia od niebagatelnej kwoty niezbędnej do rozpoczęcia inwestycji.

Ale do rzeczy. Co by mi Państwo radzili: dom z keramzytu czy keramzytobetonu? Podobno keramzytowy ma lepsze właściwości hydroizolacyjne, ale co poniektórzy zauważają, że choć cement szybkowiążący jest nie najtańszy, to jednak lepiej sprawdza się przy keramzytobetonie i zapewnia jak najlepszą izolację. A poza tym co z termoizolacją? Jak by się ona sprawdzała przy styropianowej obudowie ścian? Może lepsze byłyby płyty drewnopochodne? Lecz jak to by się miało do energooszczędności budynku, nie najmniej ważnej właściwości w świetle prawa unijnego? I jeszcze superważna sprawa dachu: ognioodporna niby-strzecha nie wchodzi w grę, a czy blachodachówka nie zanadto obniży standard nowo wybudowanego domu? Ale czy więźba dachowa nie gorzej wytrzymałaby dachówkę klinkierową? No i à propos: skoroby nie wykorzystać klinkieru do budowy domu, to może by chociaż użyć klinkierowej cegły brukowej na dróżkę opaskę wokół domu i naprzeciwko wejścia głównego? I jeszcze bym chciał wiedzieć: standard okien połaciowych miałby być ledwie średni czy jak najwyższy? Aha, i co do aranżacji wnętrz: biokominek  na aby-aby czy na stałe? Bom planował maksikominek superprawdziwy, ale to kiedy indziej. A w sprawie oświetlenia co Państwo radzą: lampy halogenowe czy  żarówki LED? Bo chybaby nie było meganowocześnie, gdyby dać oświetlenie tradycyjne, nieprawdaż? Ja skłaniałbym się ku zastosowaniu diody elektroluminescencyjnej, ale to byłoby już démodé, jak sądzę. I już  ostatnie pytanie. Czy pralniosuszarnię zaprojektować na parterze, czyby raczej w części piwnicznej było jej miejsce?

Przepraszam, że pytam o tak mało skomplikowane rzeczy, ale naprawdę nie orientuję się ni krzty w sprawach okołobudowlanych. Pozostaję w niekłamanej nadziei, że Redakcja nie zlekceważy mojej prośby, i czekam na odpowiedź.

Zdesperowany właściciel domku wiejskiego in spe.

Bożydar Teodor

PS. Pozdrowienia megaserdeczne dla Pani Redaktor Sylwii, która chcąc nie chcąc zainspirowała mnie do napisania tej miniprośby.

Działalność placówki upowszechniania kultury w miejscowości A.

Półroczne résumé

 Zawodowstwo działań opisywanej placówki przejawiało się w wielokierunkowości i różnorodności przedsięwzięć w niej podejmowanych. Były to zarówno imprezy zawczasu przygotowane, jak również organizowane z nagła, w myśl dewizy, zawartej w motcie placówki: „Dyshonorem nie jest zszokować, lecz zaniechać”.

W styczniu odbył się niby-ekstranaukowy kurs chiromancji, czyli wróżenia z dłoni, nie ściśniętych jednakowoż, lecz szeroko rozłożonych. Kurs prowadził Kirgiz, ekspracownik Kirgiskiego Instytutu Wróżb i Przewidywań w Biszkeku. Ponaddwudziestoosobowa grupa kurs ukończyła.

W  lutym – miniwykłady historycznomuzyczne o tym, jak francuszczyzna niektórych kawalerów maltańskich zaważyła na wykonawstwie półkantat paschalnych w probostwie na Sądecczyźnie.

Marzec przyniósł superwystawę obrazów  miejscowej bohemy. Niestety, niektórzy skwaśniali i zgorzkniali pseudokrytycy ujrzeli na niej tylko zszarzałe i ściemniałe bohomazy, same paskudztwa i ohydztwa,  umieszczone w ramach jak obręcze do hula-hoop.

W kwietniu rozpoczęły się szkolenia ogrodnicze. Uprawa aronii, cykorii, dyni, cukinii, siejba macierzanki, bazylii, szałwii, rozsada takich kwiatów, jak lwia paszcza, czyli lwipyszczek, żagwin, heliotrop, surfinia czy hortensja.

W maju – pokaz slajdów pod tytułem „Od porohów Dniepru do wież Sieny, czyli krzyna wschodu i krzta zachodu Europy”.

Czerwiec przyniósł hiobową wieść. Dyrektorstwo Andrzejostwa Kowalskich się kończy i ma ich zastąpić Ksawery Nowak, powszechnie znany jako hulajdusza i oczajdusza. Byt placówki wydaje się zagrożony, dlatego niżej podpisany, Hubert Walczak, supersekretarz, zestawił to résumé.

prof. dr hab. Andrzej Markowski

Dawno temu w Radomskiem

Maurycy wszedł do pokoju, gdzie już poniekąd zniecierpliwiona czekała nań ciotka Eufrozyna, a stuku-puku jej hebanowej laseczki pobrzmiewało w takt słów.

- Słuchaj no, obieżyświacie i hałaburdo niecny, po wielokroć ci mówiłam, że zhulawszy się po świecie, powinieneś był zostać wreszcie, choćby na półpoście, u nas.

- Oj, cioteczko nierodzona, zostanę, ale będę nie za długo, tak ze dwa tygodnie, bo potem wielkanocne już przyjdą święta i zwarzyłbym wam humor swoją nachalnością i natręctwem.

- Ale, święta nie święta, dopiero poniewczasie zrozumiesz, że rodzina, nawet nie najbliższa, lepsza jest niż ta twoja nieradomska i co nieco podejrzana dwudziestkapiątka, z którą, chyba rad nierad, podróżujesz, a która co najrychlej bez wątpienia w tarapaty cię wpędzi.

- Gdzieżby tam, ciotuniu, już niezadługo sama się przekonasz, że ci moi
pół-Metysi, chociaż to nie Polacy, lecz tubylcy z Wyspy Wielkanocnej, nieźle zaaklimatyzowali się na południowym Mazowszu.

- Klituś-bajduś, półprzyszywany siostrzeńcze! Już przecież jasno widzę, że zaczynają nie dojadać i nie dosypiać. Wkrótce na pewno będą niedomagać, a poniektórzy mogą i niedowidzieć, i niedosłyszeć. Z resztą też będzie nie najlepiej, bo przecież nie znajdą tu tych wpółdojrzałych bulwocebul, których mają u siebie w bród, by się nimi kurować, gdy czują się nieswoi w niedomaganiach i 
quasi-chorobach, na które co i rusz zapadają w nie swoich krainach.

- I gdzież to widzisz zagrożenie? Żadne z nich nie jest lekkomyślne ani tym bardziej lekko ranne.

- A spójrzże na ich niewiasty. Jakimiż głosami już one śpiewają? Żadnego mezzosopranu nie usłyszałbyś, choćbyś nie wiem jak słuch natężał. Same kontralty – nawet wonczas, gdy śpiewają w tonacji c-moll te swoje niby-songi zadurzonych półdziewic!

- Toż taka ich natura, cioteczko! A schrypiały śpiew za najpiękniejszy uchodzi i wedle nich hardej dziewoi przystoi. Najniegrzeczniej byłoby to im wypominać…

Zasromała się po tych słowach cioteczka i, ni stąd, ni zowąd, suknię zawinąwszy, z pokoju wyszła. „Dalibóg, nie wiem dlaczego” – westchnął Maurycy i powrócił do swojej arcykompanii.

prof. dr hab. Andrzej Markowski

Spod na wpół przeżartego żółto-czerwoną rdzą mercedesa, pół stojącego, pół leżącego naprzeciw wejścia do zaniedbanego minigarażu, wygramolił się jakiś niby-mechanik, wymachujący podługowatym narzędziem z superbrzeszczotem i quasi-rączką, przypominającą uchwyt staromodnego sakwojażu.

- Hejże, urzędasku, wyrzęził, czegóż to sobie winszujesz, żeś wychynął z urzędu miasta i przyszwendał się na to nienadzwyczajne miejsce, gdzie co najwyżej półstrzygi harce wyczyniają i hołubce z diablętami krzeszą?

Stropiłem się co nieco, bo zaprawdę niewyparzony język miał ów osobnik, a misja moja była ekstradelikatna.  Pan Wilhelm, boć przecież to on był, choć image do cna odmienił, uchodził za superznawcę obiektów przemysłowych znad Wisły i Pilicy. A o tychże obiektach reportaż co najmniej na stronę gazety dano by mi przygotować, gdyby udało się wydobyć co nieco z nieprzebranych archiwów tego polihistora,  pana Wilhelma Ostoi-Druckiego.

- Byłżeby pan skłonny naprędce kilka zdań ze mną zamienić? – zagadnąłem z lekka drżącym głosem.

Niby-mechanik spojrzał spode łba:

- Roboty mam co prawda co niemiara, ale że akurat klucz francuski mi się zawieruszył, mogę zmitrężyć kilka chwil na rozhowory z panem. Ale o wpół do trzeciej muszę  z powrotem wśliznąć się popod tego supergrata. Cóżeś więc Pan chciał ode mnie?

- Mam prośbę nie długą, nie krótką, lecz w sam raz – zacząłem żartobliwie. Znaszże się pan na obiektach przemysłowych, co to w krąg tu się rozsiadły?

Wilhelm podrapał się w głowę:

- Toż już o tym opowiadałem jednemu takiemu huncwotowi z tygodnika „Na Przełaj przez Radomskie”, a przede wszystkim mówiłem mu o pierwszej elektrowni w Kongresówce, z początków XX wieku. Wie pan, to ta stara elektrownia, co ją teraz  przebudowują na Centrum Sztuki Współczesnej, czy jak to się tam oficjalnie zwie.

Zakląłem pod nosem. Arcysprytnie to wymyślili. Że niby urząd ma coś przedsiębrać, bo z rzadka zabytkami się zajmuje, a tu ni stąd, ni zowąd wysyłają na przeszpiegi żurnalistę, a ten wszystko wyniucha, napisze, a potem średnio aktualny temat zostanie, jak wpółzgniłe jabłko, nadgryziony, ale nieskonsumowany.

Więc-em/Więcem pożegnał mojego interlokutora i odszedłem z niczym, myśląc gdzież by tu można było wypić choćby butelkę mazowszanki, jako że upał był okrutny.

prof. dr hab. Andrzej Markowski

W mżysty, ale nie świąteczny, lecz superpowszedni poranek,  pewnemu świeżo sczechizowanemu bawidamkowi, Bożymirowi Smutnemu,  zdało się, że przeżywa jakieś fantasy czy też science fiction. Oto z na wpół rozwalającej się baszty niby-zamku wznoszącego się nieopodal placu Pod Ratuszem wychyliła się ni stąd, ni zowąd jakaś zmurszała i z lekka sczerniała struktura, przypominająca nie najokazalszy i źle scementowany żelazobetonowy pal. Nasz bohater, co nieco zszokowany, pół zamyślony i pół zdziwiony, raz-dwa przeszedł na przeciwległy kraniec placu, by lepiej ujrzeć, co się stało. Na palu zauważył dwudziestopięciocentymetrowy relief w kształcie dwóch skrzyżowanych czerwonawozłotych nahajek, quasi-symbolu ciemięzców w nieodległej historii dzierżących władzę w tym zamku. Pal znienacka się zachwiał i sczepiwszy się z minikonarem miłorzębu znad niby-fosy okołozamkowej, runął z głośnym łubu-bu. Hałas był wielki, nie dziw więc, że nasz obserwator, który już od jakiegoś czasu niedosłyszał, nie dosłyszał pytania, które mu zadało najniewinniej wyglądające dziewczę z buzią w ciup, o włosach ciemnoblond, sczesanych gładko ku tyłowi, ukrytych pod moherowym kapelusikiem. Tymczasem pal ów zsiekł już konar i z nagła zapanowała niemalże idealna cisza. Wonczas dopiero Bożymir, otrząsnąwszy się jak z niedospanego snu, dostrzegł cud-dziewczynę mrużącą figlarnie jasnofiołkowe oczęta i wskazującą na coś superkształtną rączką.

Z fosy wychynęły tymczasem niewyraźne zszarzałe sylwetki, przyodziane w ekstraobcisłe kostiumy, i na nie to właśnie wskazywała nowo poznana towarzyszka pana Smutnego. Ściszonym głosem, jakby nie chcąc mącić powagi chwili, spytała:  Czy to właśnie oni wyrzeżą mininapis na palu? - Jakiż byłby to napis? – przeraził się nie na żarty Bożymir. - No, ten, że kiedy nieznajoma dziewica, przyjrzawszy się zszokowanemu donżuanowi, weźmie go popod rękę i przejdą pospołu milę, zaczną się tu prawdziwie historyczne hocki-klocki, a pal z tym napisem stanie się słupem milowym w dziejach superromansu. Oniemiały Bożymir zwracał był się właśnie z następnym arcyważnym pytaniem, gdy świdrujący dźwięk budzika, nierespektującego praw marzeń sennych, zakończył wczesnoporanny epizod w życiu małomiasteczkowego bon vivanta.

prof. dr hab. Andrzej Markowski